poniedziałek, 17 września 2018

To tylko biała suknia - cz. 2: wykończenia i welon

Żegnając odjeżdżający pociąg byłam jednocześnie szczęśliwa, że udało nam się dopasować rękawy sukienki jak i przerażona, że nie ma już czasu na koleją przymiarkę, że limit pomyłek właśnie wyczerpałam. Że to tak mało czasu, że trzeba ją skończyć. Że to już.
Widzimy się za dwa tygodnie na panieńskim - dźwięczało mi w uszach.  Czy dam radę? Czy zdążę? Czy wytrzymam taki stres? Czy nasza przyjaźń się nie rozpadnie, jeśli cokolwiek złego się stanie z sukienką? I co jeśli cokolwiek się z nią stanie? W tamtym momencie nie znałam odpowiedzi na żadne z tych pytań... 


Po wyjeździe Ali miałam dwa tygodnie na wykończenie sukni i uszycie welonu. I właśnie od tego ostatniego zaczęłam. Szczerze przyznam, że czekałam na moment kiedy będę go szyć. Nie mogłam zacząć wcześniej, ponieważ welon miał być w całości obszyty tą samą koronką, z której jest wykonana suknia. Ale brzegu potrzebowałam także na rękawy, dlatego zanim pocięłam brzeg musiałam mieć skończone rękawy.
Ala zdecydowała się na welon długości 1m. Tiul welonowy zwykle ma szerokość 3m. Łatwo więc policzyć, że na obszycie takiego welonu potrzeba niecałe 5m brzegu koronki. Na szczęście belki koronek najczęściej mają dwa brzegi. To znacznie zmniejsza zużycie. Kształt welonu jaki wybrałyśmy to klasycznie zaokrąglony dół i zmarszczenie po całej szerokości do grzebyka. 


Naszywanie takiego brzegu na tiul polega na dwóch przeszyciach. Najpierw ściegiem prostym szyje się krawędź zewnętrzną. A następnie powoli, wciąż obracając i manewrując całym materiałem naszywa się po brzegu koronki. Zabawa polega na tym, aby jak najlepiej manewrować i ukryć szew. Całe szycie trwa od kilkudziesięciu minut do kilku godzin - zależy jaką ma się wprawę. Z początku ten drugi etap próbowałam szyć zygzakiem, ale niestety za bardzo "ściągał" tiul, więc musiałam wrócić do ściegu prostego. Niestety nie jest to wszystko takie proste, bo tiul i koronka "nie wybacza". Jedno nieodpowiednie splątanie nitek, wciągnięcie i dziura gotowa. 


Po szyciu niezbędne jest wyprasowanie welonu z dużą ilością pary. Oczywiście przez "zaparzaczkę", czyli bawełnianą szmatkę, bo tiul łatwo spalić/stopić. A szkoda byłoby kilku godzin pracy.


Mimo moich obaw (i małych protestów), Ala bardzo chciała mieć welon wpinany do fryzury od dołu. W takich przypadkach welon trzeba doszyć w trochę inny sposób. Na szczęście w swojej karierze szyłam już jeden taki, dlatego mogłam spełnić to marzenie. Być może część z Was zauważy (a jak zwrócę uwagę, to już wszyscy), że na poniższych zdjęciach koronka wygląda jakby nie była przyszyta w równym odstępie od grzebienia. Cóż, szycie welonu, nawet jeśli wydaje się banalne, to może wcale takie nie być. Powodem nierówności nie jest jednak moje nieodpowiednie obliczenie odległości w której zaczyna i kończy się koronka, ale zmarszczenie przy grzebyku. Z jednej strony brzeg zakładał się do środka, a z drugiej jakby do zewnątrz. Ale spokojnie, wystarczyło spruć przeszycie, zrobić oba brzegi jednakowo i przyszyć na nowo. Odpruwanie koronki od tiulu nie było konieczne. 


Gdy skończyłam szyć welon, przyszedł czas by powrócić do sukni. Brzegi postanowiłam wykończyć  tiulową lamówką. Kupiłam nawet specjalny lamownik do mojej domowej maszyny, okazał się jednak do niczego. Wykonałam ją zaprasowując pocięty tiul, ten sam, z którego użyłam do uszycia dołu sukni.


Bardzo, bardzo się starałam żeby był idealnie równy. Ten proces był chyba najtrudniejszy podczas szycia całej sukni. Wykończenie musiało być z jednego kawałka, przeszyte całe, za jednym razem. Jest to na tyle widoczny element, że nie można sobie odpuszczać. Na żadnym etapie. Szyłam już nie jedno takie wykończenie, ale nigdy nie na domowej maszynie. Zawsze korzystałam z profesjonalnego lamownika na maszynie przemysłowej. Gdzie lamówki nie trzeba było idealnie zaprasowywać. Mimo to, nie próbowałam innego wykończenia, bo szczerze mówiąc - nie wiem jakie mogłoby być bardziej odpowiednie.
Lamówkami z tiulu wykończyłam też szwy wewnątrz góry sukni. Rękawy były uszyte szwami francuskimi.
Ciężko ocenić mi efekt końcowy. Nie umiem powiedzieć, że jestem całkowicie zadowolona. Przyznanie się, że widzę niedociągnięcia i chciałabym zrobić to lepiej nie należy do najprostszych. Jednak w tamtym momencie zrobiłam wszystko najlepiej jak tylko mogłam. Nie bądźcie więc zbyt surowi w ocenie.


W poprzednim poście wspominałam, że od wcześniejszego odszycia Ala postanowiła coś zmienić.
Jeśli chodzi o układ naszywaniej koronki - Ala całkowicie mi zaufała. Znając ją wiedziałam że nie chce aby suknia zbytnio prześwitywała, ale nie byłaby też zadowolona z efektu "pancerza". Jedyne jej uwagi dotyczyły tego, że zamiast dekoltu w kształcie serduszka wolała V.  Różnicę możecie zobaczyć na poniższym zdjęciu.


Sporym wyzwaniem okazał się też rząd guziczków na plecach. Mimo, że bałam się realizacji tego pomysłu, dawał mi on pewne poczucie bezpieczeństwa. Jeśli czytaliście moje poprzednie posty na blogu - wiecie, że miałam pewien nieprzyjemny epizod z pękniętym zamkiem na plecach. A nie jest niczym odkrywczym, że guziki pracują lepiej niż suwak.
Pętelki były gotowymi gumeczkami wszytymi w taśmę, którą kupiłam w pasmanterii. Perełki wybrała Ala.
I muszę być w tym momencie całkiem szczera i przyznać, że w całym procesie nic nie napsuło mi tyle krwi co  przyszywanie tego rzędu guziczków. A wszystko przez to, że dwie części tyłu nie były idealnie równe. Niestety przekonałam się o tym dopiero po przyszyciu ponad połowy perełek. Na szczęście skończyło się tylko na łzach, załamaniu nerwowym, niewyspaniu, pruciu wszystkich naszytych perełek, wyrównywaniu i naszywaniu od nowa na dwa dni przed oddaniem sukni. A tak to spoko. Sukienka była uratowana.


Po przyszyciu prawie wszystkich perełek (kilka zostawiłam sobie na doszycie po połączeniu góry z dołem), wykończeniu szwów wewnętrznych lamówkami, doszyciu troczków (wbrew pozorom to bardzo ważne żeby sukienka wisiała na wewnętrznych tasiemkach, a nie rozciągała koronkę) - góra była skończona.


Im bardziej po upływie czasu zastanawiam się nad kolejnymi etapami szycia sukni, tym bardziej mam wrażenie, że to niekończąca się opowieść. Już miałam pisać, że wystarczyło tylko połączyć górę z dołem i voilá! Ale to wcale nie już. Trzeba było jeszcze wszyć zamek w spódnicę, doszyć podszewkę do spódnicy, wyrównać wszystkie warstwy do odpowiedniej długości: dokładnie 1cm nad ziemią zewnętrzne warstwy tiulu, 1cm krótsza satyna, i kilka centymetrów krótsza podszewka.  Doły (poza tiulem) musiały być obrzucone i podwinięte. A na koniec na wierzch tiulu ręcznie naszywałam koronkę.


Dzisiaj nie mam pojęcia jak ja z tym wszystkim dałam radę. A wszystko nocami, w małym pokoiku. Do Bydgoszczy zabrałam suknię prawie skończoną. Zostawiłam sobie doszycie kilku guzików i koronek. Na szczęście nie musiałam wieźć jej pociągiem.
Z perspektywy czasu bardzo pozytywnie wspominam moment kiedy przywiozłam ją do swojego rodzinnego domu. Jeśli macie chociaż trochę wścibskich sąsiadów wyobraźcie sobie, że przyjeżdżacie po pół roku, z chłopakiem, samochodem na krakowskich numerach, a z tylnego siedzenia wyjmujecie suknię ślubną... Cóż, solidny materiał na plotki. A jakby tego było mało...
Niosłam suknię z auta do domu i dokładnie w tym momencie obok przechodził całkiem nieznajomy starszy pan wraz ze starszą panią. Na widok mnie niosącej w przezroczystym pokrowcu białej sukni uśmiechnął się szeroko i wykrzyknął: Pięknie! Gratuluję! 
Na co ja odpowiedziałam po prostu dziękuję! i poszłam dalej.
Potraktowałam to jako pierwszy zachwyt nad pracą jaką wykonałam nad suknią. Nawet jeśli nie takie były intencje.



W ramach podsumowania mogłabym napisać, że uszycie tej sukienki zajęło mi 00 godzin i 00 minut, albo, że zużyłam 00 metrów nici. Że potrzeba było 00 metrów materiału, a szpilkami w palce ukłułam się 000 razy. Tylko, że ja nie prowadziłam takich statystyk.
Mogę za to z całą pewnością powiedzieć, że podczas ślubu i wesela wykonano ponad 897 zdjęć, a każde jedno ukazuje, że moi przyjaciele mieli prawdziwy royal wedding, a w ich oczach widać czystą miłość i szczęście. I gdybym miała jeszcze uszyć pięć takich sukni to zrobiłabym to bez wahania.


Pozdrawiam,
Dosia

P.S. W przygotowaniu jest już trzeci post z suknią ślubną. Tym razem z wielkiego dnia. Bądźcie cierpliwi.


______________________
FACEBOOK:
INSTAGRAM:
GRUPA:

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © 2014 Red Strawberry Lips , Blogger