Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zamówienia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zamówienia. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 12 listopada 2018

To tylko biała suknia cz. 3: Royal wedding

A gdy emocje już opadną, jak po wielkiej bitwie kurz*, przychodzi czas by obejrzeć zdjęcia i przypomnieć sobie wielkie szczęście moich najlepszych przyjaciół. Minęło prawie pół roku od ich przepięknego royal wedding. Dlatego dzisiaj jest dobry moment na trzecią i ostatnią odsłonę szaleństwa jakim było uszycie sukni ślubnej dla Ali. 

Czytaj dalej »

poniedziałek, 17 września 2018

To tylko biała suknia - cz. 2: wykończenia i welon

Żegnając odjeżdżający pociąg byłam jednocześnie szczęśliwa, że udało nam się dopasować rękawy sukienki jak i przerażona, że nie ma już czasu na koleją przymiarkę, że limit pomyłek właśnie wyczerpałam. Że to tak mało czasu, że trzeba ją skończyć. Że to już.
Widzimy się za dwa tygodnie na panieńskim - dźwięczało mi w uszach.  Czy dam radę? Czy zdążę? Czy wytrzymam taki stres? Czy nasza przyjaźń się nie rozpadnie, jeśli cokolwiek złego się stanie z sukienką? I co jeśli cokolwiek się z nią stanie? W tamtym momencie nie znałam odpowiedzi na żadne z tych pytań... 


Po wyjeździe Ali miałam dwa tygodnie na wykończenie sukni i uszycie welonu. I właśnie od tego ostatniego zaczęłam. Szczerze przyznam, że czekałam na moment kiedy będę go szyć. Nie mogłam zacząć wcześniej, ponieważ welon miał być w całości obszyty tą samą koronką, z której jest wykonana suknia. Ale brzegu potrzebowałam także na rękawy, dlatego zanim pocięłam brzeg musiałam mieć skończone rękawy.
Ala zdecydowała się na welon długości 1m. Tiul welonowy zwykle ma szerokość 3m. Łatwo więc policzyć, że na obszycie takiego welonu potrzeba niecałe 5m brzegu koronki. Na szczęście belki koronek najczęściej mają dwa brzegi. To znacznie zmniejsza zużycie. Kształt welonu jaki wybrałyśmy to klasycznie zaokrąglony dół i zmarszczenie po całej szerokości do grzebyka. 


Naszywanie takiego brzegu na tiul polega na dwóch przeszyciach. Najpierw ściegiem prostym szyje się krawędź zewnętrzną. A następnie powoli, wciąż obracając i manewrując całym materiałem naszywa się po brzegu koronki. Zabawa polega na tym, aby jak najlepiej manewrować i ukryć szew. Całe szycie trwa od kilkudziesięciu minut do kilku godzin - zależy jaką ma się wprawę. Z początku ten drugi etap próbowałam szyć zygzakiem, ale niestety za bardzo "ściągał" tiul, więc musiałam wrócić do ściegu prostego. Niestety nie jest to wszystko takie proste, bo tiul i koronka "nie wybacza". Jedno nieodpowiednie splątanie nitek, wciągnięcie i dziura gotowa. 


Po szyciu niezbędne jest wyprasowanie welonu z dużą ilością pary. Oczywiście przez "zaparzaczkę", czyli bawełnianą szmatkę, bo tiul łatwo spalić/stopić. A szkoda byłoby kilku godzin pracy.


Mimo moich obaw (i małych protestów), Ala bardzo chciała mieć welon wpinany do fryzury od dołu. W takich przypadkach welon trzeba doszyć w trochę inny sposób. Na szczęście w swojej karierze szyłam już jeden taki, dlatego mogłam spełnić to marzenie. Być może część z Was zauważy (a jak zwrócę uwagę, to już wszyscy), że na poniższych zdjęciach koronka wygląda jakby nie była przyszyta w równym odstępie od grzebienia. Cóż, szycie welonu, nawet jeśli wydaje się banalne, to może wcale takie nie być. Powodem nierówności nie jest jednak moje nieodpowiednie obliczenie odległości w której zaczyna i kończy się koronka, ale zmarszczenie przy grzebyku. Z jednej strony brzeg zakładał się do środka, a z drugiej jakby do zewnątrz. Ale spokojnie, wystarczyło spruć przeszycie, zrobić oba brzegi jednakowo i przyszyć na nowo. Odpruwanie koronki od tiulu nie było konieczne. 


Gdy skończyłam szyć welon, przyszedł czas by powrócić do sukni. Brzegi postanowiłam wykończyć  tiulową lamówką. Kupiłam nawet specjalny lamownik do mojej domowej maszyny, okazał się jednak do niczego. Wykonałam ją zaprasowując pocięty tiul, ten sam, z którego użyłam do uszycia dołu sukni.


Bardzo, bardzo się starałam żeby był idealnie równy. Ten proces był chyba najtrudniejszy podczas szycia całej sukni. Wykończenie musiało być z jednego kawałka, przeszyte całe, za jednym razem. Jest to na tyle widoczny element, że nie można sobie odpuszczać. Na żadnym etapie. Szyłam już nie jedno takie wykończenie, ale nigdy nie na domowej maszynie. Zawsze korzystałam z profesjonalnego lamownika na maszynie przemysłowej. Gdzie lamówki nie trzeba było idealnie zaprasowywać. Mimo to, nie próbowałam innego wykończenia, bo szczerze mówiąc - nie wiem jakie mogłoby być bardziej odpowiednie.
Lamówkami z tiulu wykończyłam też szwy wewnątrz góry sukni. Rękawy były uszyte szwami francuskimi.
Ciężko ocenić mi efekt końcowy. Nie umiem powiedzieć, że jestem całkowicie zadowolona. Przyznanie się, że widzę niedociągnięcia i chciałabym zrobić to lepiej nie należy do najprostszych. Jednak w tamtym momencie zrobiłam wszystko najlepiej jak tylko mogłam. Nie bądźcie więc zbyt surowi w ocenie.


W poprzednim poście wspominałam, że od wcześniejszego odszycia Ala postanowiła coś zmienić.
Jeśli chodzi o układ naszywaniej koronki - Ala całkowicie mi zaufała. Znając ją wiedziałam że nie chce aby suknia zbytnio prześwitywała, ale nie byłaby też zadowolona z efektu "pancerza". Jedyne jej uwagi dotyczyły tego, że zamiast dekoltu w kształcie serduszka wolała V.  Różnicę możecie zobaczyć na poniższym zdjęciu.


Sporym wyzwaniem okazał się też rząd guziczków na plecach. Mimo, że bałam się realizacji tego pomysłu, dawał mi on pewne poczucie bezpieczeństwa. Jeśli czytaliście moje poprzednie posty na blogu - wiecie, że miałam pewien nieprzyjemny epizod z pękniętym zamkiem na plecach. A nie jest niczym odkrywczym, że guziki pracują lepiej niż suwak.
Pętelki były gotowymi gumeczkami wszytymi w taśmę, którą kupiłam w pasmanterii. Perełki wybrała Ala.
I muszę być w tym momencie całkiem szczera i przyznać, że w całym procesie nic nie napsuło mi tyle krwi co  przyszywanie tego rzędu guziczków. A wszystko przez to, że dwie części tyłu nie były idealnie równe. Niestety przekonałam się o tym dopiero po przyszyciu ponad połowy perełek. Na szczęście skończyło się tylko na łzach, załamaniu nerwowym, niewyspaniu, pruciu wszystkich naszytych perełek, wyrównywaniu i naszywaniu od nowa na dwa dni przed oddaniem sukni. A tak to spoko. Sukienka była uratowana.


Po przyszyciu prawie wszystkich perełek (kilka zostawiłam sobie na doszycie po połączeniu góry z dołem), wykończeniu szwów wewnętrznych lamówkami, doszyciu troczków (wbrew pozorom to bardzo ważne żeby sukienka wisiała na wewnętrznych tasiemkach, a nie rozciągała koronkę) - góra była skończona.


Im bardziej po upływie czasu zastanawiam się nad kolejnymi etapami szycia sukni, tym bardziej mam wrażenie, że to niekończąca się opowieść. Już miałam pisać, że wystarczyło tylko połączyć górę z dołem i voilá! Ale to wcale nie już. Trzeba było jeszcze wszyć zamek w spódnicę, doszyć podszewkę do spódnicy, wyrównać wszystkie warstwy do odpowiedniej długości: dokładnie 1cm nad ziemią zewnętrzne warstwy tiulu, 1cm krótsza satyna, i kilka centymetrów krótsza podszewka.  Doły (poza tiulem) musiały być obrzucone i podwinięte. A na koniec na wierzch tiulu ręcznie naszywałam koronkę.


Dzisiaj nie mam pojęcia jak ja z tym wszystkim dałam radę. A wszystko nocami, w małym pokoiku. Do Bydgoszczy zabrałam suknię prawie skończoną. Zostawiłam sobie doszycie kilku guzików i koronek. Na szczęście nie musiałam wieźć jej pociągiem.
Z perspektywy czasu bardzo pozytywnie wspominam moment kiedy przywiozłam ją do swojego rodzinnego domu. Jeśli macie chociaż trochę wścibskich sąsiadów wyobraźcie sobie, że przyjeżdżacie po pół roku, z chłopakiem, samochodem na krakowskich numerach, a z tylnego siedzenia wyjmujecie suknię ślubną... Cóż, solidny materiał na plotki. A jakby tego było mało...
Niosłam suknię z auta do domu i dokładnie w tym momencie obok przechodził całkiem nieznajomy starszy pan wraz ze starszą panią. Na widok mnie niosącej w przezroczystym pokrowcu białej sukni uśmiechnął się szeroko i wykrzyknął: Pięknie! Gratuluję! 
Na co ja odpowiedziałam po prostu dziękuję! i poszłam dalej.
Potraktowałam to jako pierwszy zachwyt nad pracą jaką wykonałam nad suknią. Nawet jeśli nie takie były intencje.



W ramach podsumowania mogłabym napisać, że uszycie tej sukienki zajęło mi 00 godzin i 00 minut, albo, że zużyłam 00 metrów nici. Że potrzeba było 00 metrów materiału, a szpilkami w palce ukłułam się 000 razy. Tylko, że ja nie prowadziłam takich statystyk.
Mogę za to z całą pewnością powiedzieć, że podczas ślubu i wesela wykonano ponad 897 zdjęć, a każde jedno ukazuje, że moi przyjaciele mieli prawdziwy royal wedding, a w ich oczach widać czystą miłość i szczęście. I gdybym miała jeszcze uszyć pięć takich sukni to zrobiłabym to bez wahania.


Pozdrawiam,
Dosia

P.S. W przygotowaniu jest już trzeci post z suknią ślubną. Tym razem z wielkiego dnia. Bądźcie cierpliwi.


______________________
FACEBOOK:
INSTAGRAM:
GRUPA:
Czytaj dalej »

niedziela, 1 lipca 2018

To tylko biała suknia - cz. 1: Przymiarki

A gdy zegar na wieży zabytkowego kościoła wybił szesnastą, z organów wydobyła się melodia jednego z marszy weselnych, oczy wszystkich zebranych zwróciły się w stronę drzwi. Promienie popołudniowego słońca wpadały przez ciężkie drewniane wrota oświetlając olśniewającą postać ubraną w biel. I kiedy tak sunęła miękko przez nawę uśmiechając się promiennie, wiedziała, że idzie w stronę miłości swojego życia...
Lecz zanim życie zaprowadziło nas wszystkich do tej chwili, wystawiłyśmy z Panną Młodą naszą przyjaźń na próbę, podejmując decyzję o uszyciu przeze mnie sukni na ten najważniejszy w jej życiu dzień.


Można powiedzieć, że suknia ślubna to zwykła sukienka, tylko biała, a zasady jej szycia niczym się nie różnią od np. sukni wieczorowej. I wszystko by się zgadzało, gdyby nie ogromna presja. Głównie psychiczna. Przecież to nie jest zwykła sukienka. To jest TA jedyna. To jest TA najważniejsza. TA, o której śniło się już jako mała dziewczynka. To TA sukienka, którą ubierze się w TYM dniu, by poślubić TEGO jedynego. I niech mi ktoś jeszcze powie, że różnica jest tylko w kolorze. 

Do szycia sukni podeszłyśmy raczej ze spokojem. Dałyśmy sobie czas na to, aby wiedzieć dokładnie czego chcemy.  Odwiedzić kilka salonów, by upewnić się w pewnych rozwiązaniach, potwierdzić, że decyzja była dobra.
I kiedy już wiedziałyśmy obie czego chcemy i jak to osiągnąć pojawił się pierwszy problem, który jest zmorą chyba wszystkich szyjących, którzy mają to nieszczęście wiedzieć czego oczekują. Tkaniny. Wierzcie mi, jeśli ktoś ma już dokładną wizję jakiegokolwiek uszytku to prędzej czy później zderzy się z rzeczywistością sklepów z materiałami. A w przypadku koronek sprawa naprawdę nie jest taka prosta jak się wydaje.
Po materiały Ala wybrała się aż do Wrocławia, do hurtowni Yeda. Zdjęcia koronek do konsultacji wysyłała mi przez messengera. Bardzo starałam się ją przekonać, aby suknia nie była śnieżnobiała, a bardziej ciepła, w odcieniu ivory. Mimo obaw, zaufała mi i mam nadzieję, że nie żałuje decyzji, bo wyglądała naprawdę przepięknie.


Nie wiem, czy wiecie, ale nie można zacząć przymiarek jeśli nie ma się wybranej bielizny i obuwia. Chyba każda kobieta wie, jak zmienia się jej sylwetka w zależności od tego jaki ma biustonosz. A i buty, a zwłaszcza wysokość obcasa nie są bez znaczenia. Doskonale tę kwestię opisała Joulenka. Suknia ślubna nie jest tu żadnym wyjątkiem i tych kwestii nie wolno lekceważyć.

Konstrukcję sukni Ali zaczęłam ok. 8 miesięcy przed ślubem od wyrysowania na papierze bluzki podstawowej, przemodelowania i odszycia próbnej góry ze starej firanki. Nie dała nam ona jednak żadnego pojęcia o efekcie końcowym, poza moim własnym poczuciem, że sobie poradzę i nie mam się czym martwić.

Prawdziwe przymiarki i właściwe odszycia zaczęły się w połowie marca, czyli ok 2,5 miesiąca przed "godziną zero". Specjalnie na tę okazję kupiłam drugi manekin, który jak najbardziej przypominał wymiarami Alę. Jak już dawno wiecie, szycia sukni ślubnych uczyłam się w atelier Anny Kary i dzięki praktyce tam, nie wyobrażam już sobie szycia bez dopasowanego manekina. Takie dopasowanie można osiągnąć odpowiednio go "dopychając" (świetnie sprawdzają się kawałki grubszej i cieńszej dzianiny, polaru, a także wkładki do biustonoszy), bądź "ciosając" - zależnie od efektu jaki chce się osiągnąć.

Kiedy już miałam wszystkie materiały, maszyny, akcesoria i odpowiednio przygotowany manekin - trzeba było wziąć się do roboty. Postanowiłam zacząć niestandardowo, bo od odszycia dołu.
Dzięki wycieczkom do kilku salonów Ala wiedziała dokładnie, że nie chce muślinu, a dobrze czuje się w tiulu. Nie będę ukrywać, że taka decyzja, bardzo mnie ucieszyła. Kocham tiul najbardziej ze wszystkich materiałów. Ale to wiecie. Nie chciałyśmy jednak osiągnąć efektu "bezy". Dlatego wykroiłam tylko dwie warstwy. Wewnętrzną z półkola, wierzchnią - z dwóch kół. Za spód posłużyła lekka matowa strona satyny (była też podszewka, ale doszyłam ją dużo, dużo później).


Gdy dół był już gotowy, przyszła pora na najtrudniejszą część sukni. Plan na tę suknię zakładał brak wszelkich gorsetów, fiszbin i innych usztywniaczy. Miało być lekko, delikatnie i wygodnie. Wspólnie z Alą zdecydowałyśmy, że góra będzie cała z koronki. Jest to dość odważny pomysł i od początku wiedziałam, że będę się musiała trochę natrudzić, aby ostateczny efekt był przyzwoity i nadawał się do pokazania ludziom.
Większość ludzi, którzy nie mają nic wspólnego z szyciem nie zdaje sobie sprawy, że koronka, którą widzą na sukni wcale nie wygląda tak na belce. Efekt końcowy jest często wynikiem wycinania, układania i doszywania - nierzadko ręcznego. Tak było i w tym wypadku.


Bazę stanowiła warstwa tiulu i koronki. Właściwie była to bluzka podstawowa. Zaszewkę piersiową przemodelowałam by pogłębić zaszewki pionowe. Moim zdaniem to rozwiązanie układa się najlepiej. Zdecydowałam, że do pierwszej przymiarki nie będę przesadzać z wykończeniami. Powody były dwa. Po pierwsze nie zdążyłam. A po drugie, uznałam, że jeśli coś trzeba będzie poprawić, to lepiej zrobić to wcześniej. Dlatego, suknia "do pierwszej przymiarki" jest w stanie dość surowym i raczej bazowym. Dopiero później przekonałam się jakie to szczęście, że nie zrobiłam więcej...




Najważniejszym wnioskiem po pierwszej przymiarce było to, że rękaw jest zrobiony do kitu. Problemem okazała się główka rękawa i niezbyt pracująca koronka. Co tu dużo mówić, koronka, którą widzicie na zdjęciu, jest prawie całkowicie nieelastyczna. O ile w szyciu bardzo to pomaga, o tyle w użytkowaniu już niekoniecznie. Zwłaszcza, że Panna Młoda w sukni ślubnej musi wytrzymać ok 13h. Tak, tak, tyle trwają polskie wesela. Nie mogło być, więc mowy o tym, że w sukni nie będzie mogła podnieść rąk. A w tak zrobionym rękawie wszelkie ruchy były prawie niemożliwe. Do poprawy był również tył sukni, ponieważ okazał się za mały i za mocno wykrojony. Talia wymagała obniżenia, a pachy podkrojenia.

Przygotowywanie sukni do drugiej przymiarki zaczęłam, więc od rozprucia całości. Zostawiłam jedynie dół, który później ścięłam od góry na overlocku. Jak widzicie, suknia była duuużo za długa (co oczywiście było celowe) i mogłam sobie pozwolić na takie rozwiązanie problemu.
Ucieszyłam się, że poprawek nie wymagał przód. Aż do momentu gdy zorientowałam się, że pomyliłam strony i z wierzchu jest lewa. Prawdopodobnie nie zauważyłby tego nikt poza mną, ale ta suknia była (i nadal jest) dla mnie tak ważna, że nie mogłabym dopuścić takiego zaniedbania.

Wraz z drugą przymiarką przyszedł czas na najprzyjemniejszą część procesu, czyli szycie ręczne!
Na zdęciu powyżej, na manekinie za Alą możecie zobaczyć fragmenty koronki, starannie powycinane, które później przypinałam do manekina i naszywałam ręcznie.




Między pierwszą, a drugą przymiarką miałam trzy tygodnie do kolejnego przyjazdu Ali. Bo jak pewnie nie wiecie, Ala mieszkała wówczas w Toruniu, a ja w Krakowie. To zmuszało nas do dokładnego zaplanowania każdej przymiarki. Tak ścisłe deadline'y pomogły mi wyrobić się ze wszystkim o czasie. Chociaż i tak nie było lekko, bo szyłam głównie późnymi wieczorami i wczesną nocą, w dzień normalnie pracowałam na etacie. 

Właściwie wizualnie sukienka wiele się nie zmieniła. Nie zabierałam się za konkretne wykończenia, bo wciąż nie miałam pewności czy będzie pasować. I właściwie dobrze zrobiłam.
Bowiem kiedy Ala przyjechała do mnie na drugą przymiarkę okazało się, że owszem, tym razem rękaw nie ciśnie, ale wciąż nie można w nim unieść rąk. Moja pewność siebie osiągnęła poziom podłogi. Wiadomo było, że nie ma już czasu na kolejną przymiarkę, a dwa tygodnie później suknia musi być gotowa, by miesiąc przed ślubem zawieźć ją Pannie Młodej.

Spędziłam więc całą sobotę konstruując dobry rękaw, podczas gdy Ala siedziała zajęta nauką. Nie da się ukryć, że z naszej dwójki to ja jestem większą panikarą. Dopiero po kilku próbach udało mi się zrobić taki, który będzie w miarę zgrabny i jednocześnie użytkowy. Z perspektywy czasu nie do końca jestem z niego zadowolona, ale nadal nie umiałabym go zrobić inaczej mając do dyspozycji całkiem niepracującą koronkę.

Druga przymiarka zakończyła się najpiękniejszymi na świecie łzami wzruszenia, po których obie już wiedziałyśmy, że to naprawdę jest TA sukienka.


O tym co działo się przez dwa kolejne tygodnie, co Ala postanowiła zmienić, jak wykończyłam poszczególne elementy, a także jak uszyłam welon, napiszę w kolejnym ślubnym poście.

Pozdrawiam,

Czytaj dalej »

poniedziałek, 2 stycznia 2017

Być kobietą w kuchni

Marzy mi się lepszy świat. Marzy mi się świat, w którym kobiety i mężczyźni mają klasę. Im więcej przeglądam internetów, instagramów i facebooków, tym bardziej dostrzegam, że XXI wiek cierpi na deficyt klasy.
Nie prowadzę prywatnej krucjaty, nie będę sobie obiecywać, że zmienię świat na inny, lepszy. Nie zmienię. Ale ja się na taki nie piszę. Jako kobieta klasyczna mam na swoje życie inny plan.
Dlatego powstały fartuszki z klasą! A co!



Czytaj dalej »

wtorek, 10 maja 2016

A mogła być huśtawka...


Marynarka Patrycji. Można powiedzieć, że to moje ostatnie dzieło zanim zmieniło się moje życie.
Mieszkałam sobie w Bydgoszczy, pracowałam sobie w szwalni i po godzinach miałam dużo wolnego czasu. A Patrycji marzyła się marynarka w kwiaty. I tak się zastanawiam, jak to się stało, że zgodziłam się ją uszyć? Przecież ja nie umiem szyć. A przynajmniej tak lubię powtarzać kiedy boję się szyć coś nowego. Zwłaszcza nie dla siebie. A jednak uszyłam.

Pamiętacie jak bardzo denerwowałam się szyjąc spodnie dla Ali? A jeśli nie - to zerknijcie. Ja zajrzałam i przeczytałam tam, że: " Tak, tak, wiem, przesadzam. To tylko spodnie, a nie suknia ślubna." Gdybym wtedy wiedziała... 
No, ale do rzeczy...
Czytaj dalej »

sobota, 19 września 2015

Spodnie Ali

Dokładnie to nie wiem, ale będzie jakiś rok i prawie osiem miesięcy jak w moim pokoju zawitała maszyna do szycia. Pamiętam swoje początki bardzo dobrze... Ale o tym innym razem ;)
Dzisiaj przedstawiam Wam Alę, jedną z osób, które stale wspierają mnie w mojej pasji i dążeniu do marzeń (jeszcze nie do końca sprecyzowanych :P ). Ali marzyły się luźne spodnie w kwiaty. A ja niedawno podobne szyłam, więc dokładnie wiedziałam jak to zrobić. I tak oto powstała pierwsza sztuka odzieży szyta przeze mnie, ale nie dla mnie. Na miarę. 


Czytaj dalej »

piątek, 29 maja 2015

Taki słoń

- Uszyć Ci słonia dla chrześniaczki?
- Uszyj. Tylko ma być zielony, z czarnymi błyszczącymi oczami i białą kokardką na ogonie.

Także, ten, no... Close enough :P



Czytaj dalej »

wtorek, 30 grudnia 2014

"Bajeranckie poduszki"

"Twoja największa pasja?" - zapytał mnie pewnego razu Ktoś.
"Krawiectwo (...)" - odpowiedziałam bez wahania.
"Z czym powinno mi się kojarzyć w Twoim wykonaniu?
Nie wiem czemu ale pierwsze co przyszło mi do głowy to jakieś bajeranckie poduszki."
"Żadnych poduszek!" - odpowiedziałam natychmiast.


A jednak są i poduszki...
Szczerze mówiąc przed szyciem poduszek, a raczej poszewek na poduszki broniłam się od dawna. Nie wiem czemu, bo jest to naprawdę przyjemna sprawa.
Sami zobaczcie jak wyglądają moje pierwsze poszewki jakie w życiu uszyłam...



Czytaj dalej »
Copyright © 2014 Red Strawberry Lips , Blogger